Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna czarodziejów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna czarodziejów. Pokaż wszystkie posty
18 sie 2015

XV The End

Cienka gałązka zakołysała się. Niewielki, czerwony owoc miękko opadł na wyściełaną mchem ziemię. Wiewiórka czujnie nastawiła swe drobne uszka i ostrożnie zeszła z drzewa. Nie spuszczając swych czarnych oczu z siedzącej niedaleko postaci sięgnęła po owoc i łapczywie schowała go w puchate futerko. Nagle ciszę rozdarł podniesiony szept dziewczyny, za której głowę ofiarowano sakwę galeonów. Zwierzątko zacisnęło ostre pazurki na chropowatej powierzchni owocu i widząc zbliżającego się mężczyznę, czmychnęło w zarośla. 
-Nie zasłużył choćby na jedno skinienie mojego palca!- krzyknął Harry,wzburzony machając rękami
-Uratował mnie! Ciebie, Rona! Nas! 
Potter popatrzył na kipiącą ze złości przyjaciółkę i pokręcił zrezygnowany głową. Nie widział Hermiony od tak dawna, że jeszcze dziś rano, gotów był oddać za nią życie. Teraz zastanawiał się, jak mógł być takim głupcem. Zarozumiała i pełna gniewu przyjaciółka stanowiła poważne zagrożenie dla planu Dumbledore'a. Dla jego planu. Stała się kimś, kogo jeszcze kilka miesięcy temu gorąco nienawidziła. W jej ciemnych oczach wciąż tkwiła cząstka dawnej Hermiony, lecz zamknięta za lodową, śluzowatą maską, nie miała szans dojść do głosu. Patrzyła na niego wyniośle i jadowicie sącząc słowa, zaciskała ręce w pięści. A on stał tam jak głupi, wpatrując się w nią z rozdziawioną gębą i skotłowanymi myślami. Nie miał pojęcia jak powiedzieć Hermionie, że człowiek, który był dla niej przyjacielem, dla niego wciąż stanowił śmiertelne zagrożenie. Miał tylko nadzieję, że przyjaciółka zachowała resztki rozsądku i choć po części zrozumie jego decyzję o wysłaniu Rosiera  i Scabiora do Azkabanu, gdy tylko zakończy się cholerna wojna. O ile w ogóle się zakończy.
-Decyzja została podjęta Hermiono- szepnął, obserwując otumanionego przez Śmierciożercę Rona, który od dobrych dwóch minut próbował stanąć na nogi- Pomóc?
Przyjaciel machnął ręką i mrucząc coś pod nosem, opadł na mokre, leśne runo.
-Sam się dziwię, że to powiem Harry- wychrypiał, wbijając w niego swe przekrwione, zielone oczy- Ale ona ma rację. Powinniśmy pozwolić odejść Rosierowi.
-Nie do wiary Ron. Ciało Ginny wciąż nie zostało znalezione, Hermiona przez dwa miesiące tułała się z tymi szaleńcami i sama nie wie już kim jest a twoja rodzina skurczyła się o połowę...
-On tego nie zrobił Harry- powiedziała Hermiona lecz nim zdołała coś dodać, przyjaciel przerwał jej machnięciem ręki.
-Koniec dyskusji. 
-No tak- warknął podnoszący się na nogi Ron- Zapomniałem, że to TY tu podejmujesz decyzje. Tylko TWOJE zdanie się liczy i tylko TY możesz ocalić ten cholerny świat- dodał i otrzepując się z kolek, zniknął w blado oświetlonym namiocie.
Harry otworzył zdumiony usta, lecz zamknął je szybko. Stojąca pod drzewem Hermiona pokręciła zrezygnowana głową i wchodząc do namiotu wyszeptała:
-A Ty myślisz, że to ja nie wiem kim jestem.
A niech to szlag! Będzie tego żałował.
*** 

Sześć lat później
-Kochanie, wychodzimy!- krzyknęła i zapinając płaszcz, zgarnęła leżące na szafie klucze. 
Wybiegając z domu nacisnęła guzik a stojący na podjeździe samochód zapiszczał cicho. Zamykając za sobą drzwi auta, zerknęła na wybiegającego z domu chłopca i uśmiechając się krzyknęła:
-Niczego nie zapomniałeś?
Chłopiec potrząsnął głową, rzucając plecak na siedzenie. Zapinając pasy popatrzył na wiszący nad lusterkiem zegarek i skrzywił się niezadowolony.
-Znowu się spóźnimy. Tata będzie zły- mruknął, odgarniając z czoła ciemne włosy.
Kobieta roześmiała się perliście, odpalając samochód.
-Uwierz mi słonko, nigdy nie należał do punktualnych.
-Mówił, że ty...
-Kiedyś- odparła, wzdychając ciężko- Ale jak wiesz, wszystko się zmieniło- dodała uśmiechając się sztucznie- Doczytaj stronę o Chropiankach, obiecałeś Hagridowi, że będziesz mistrzem w Opiece Nad Magicznymi Stworzeniami.
Chłopiec westchnął ciężko, ale mrucząc coś pod nosem sięgnął po grubą, oprawioną w skórę książkę. Kobieta odetchnęła z ulgą widząc, że dzisiejszego ranka ulice są wyjątkowo mało zakorkowane. Po paru minutach byli już na miejscu. Gdy tylko zaparkowała chłopiec wyskoczył z samochodu i popędził w kierunku stojącego w drzwiach domu mężczyzny. Hermiona uśmiechnęła się delikatnie i chowając kluczyki do kieszeni podeszła bliżej tulącego syna Rona. 
-Znów zaspaliśmy- powiedziała wchodząc do środka uroczo, ale skromnie urządzonego domu.
-To jej wina- krzyknął Hugo, trącając siedzącą na kanapie siostrę.
-Tato!- pisnęła wściekle Rose, próbując zepchnąć brata z kolan.
-Nie chcesz go jeszcze na parę dni?- zapytał Ron, prowadząc Hermionę do kuchni- Kawy, herbaty...?
-Nie, dziękuję. Dostałam wezwanie i pilnie muszę stawić się w pracy- odparła, przypatrując mu się spod oka.
Rude włosy Rona znacznie ściemniały a na jego bladej twarzy zaczęły pojawiać się drobne zmarszczki. Od uśmiechu- stwierdziła Hermiona, czując jak ogarnia ją przyjemne uczucie ciepła i zadowolenia.
-Co u Romildy? Jak noga?
Ron uśmiechnął się słysząc szczerą troskę w głosie przyjaciółki. Choć ich drogi już dawno się rozeszły, wciąż była mu niesamowicie bliska. Hermiona była ważnym elementem rodziny Weasleyów, bez którego żadne z nich nie wyobrażało sobie życia. Rose i Hugo wręcz ubóstwiali ciotkę, nie wspominając o Romildzie, dla której była ona kuchennym guru. 
-Po złamaniu nie ma ani śladu, ale wciąż jest nieco osłabiona- powiedział- Dziękuję, że zajęłaś się Hugonem. Nie wiem co zrobił bym bez twojej pomocy. 
-Nie ma problemu- powiedziała, kierując się w stronę wyjścia- No nic, muszę lecieć. Pozdrów Romildę. 
Ron skinął głową i opierając się o futrynę, obserwował jak samochód Hermiony znika za rogiem. Wzdychając ciężko, kopnięciem zamknął drzwi i popatrzył na siedzące przed telewizorem dzieci. Po chwili, ociągając się, wdrapał się na piętro i czując jak serce podchodzi mu do gardła, sięgnął po leżący na szafie list. Sowa Romildy zahukała gniewnie i trzepocząc skrzydłami przesiadła się na metalową barierkę łóżka dziewczynki. Ron oparł głowę o chłodną ścianę i ponownie przeczytał przyniesiony godzinę temu list:

Mafalda Hopkrik, Minister Magii, Szef Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów oraz Kwatery Głównej Aurorów zawiadamia
Dnia 16 lipca bieżącego roku nastąpiła masowa ucieczka osadzonych z Azkabanu. Do zdarzenia doszło w późnych godzinach wieczornych, podczas wizyty asystenta szefa Kwatery Głównej Aurorów Harrego Pottera. Dzięki jego umiejętnościom oraz szybkiej reakcji strażników, siedmiu z osadzonych udało się pojmać nim opuścili wyspę, na której mieści się budynek Azkabanu. Z przykrością informuję, że trzech więźniów zdołało zbiec mimo usilnych starań towarzyszących panu Potterowi Aurorów. Minister Magii, Mafalda Hopkrik informuje, że zbiegli należą do wyjątkowo groźnych przestępców. Za pojmanie ich (żywych lub martwych) oferowana jest wysoka nagroda. Nalegamy, by zachować szczególną ostrożność, zwłaszcza, gdy nie posiadają państwo odpowiednich kompetencji. Informujemy, iż została uruchomiona specjalna, alarmowa linia-60 444 60. Osoby posiadające jakiekolwiek informacje na temat zbiegów, proszone są o kontakt z Ministerstwem Magii.
POSZUKIWANI 
Rabstan Lestrange (Śmierciożerca, brał udział w dwóch wielkich wojnach czarodziejów)
Vanja Sayza Karensky (animag, brała udział w drugiej wojnie czarodziejów, szczególnie niebezpieczna)
William Scabior (Śmierciożerca, Szmalcownik, brał udział w drugiej wojnie czarodziejów)

Powodzenia Panie Weasley
***
Trzasnęła drzwiami i rzucając płaszcz na obity aksamitem fotel, opadła zmęczona na kanapę. Przymknęła oczy i próbując pohamować bijące jak oszalałe serce, westchnęła ciężko. Zamieszanie w Ministerstwie, spowodowane ucieczką Śmierciożerców z Azkabanu wyczerpało ją do cna. Nie miała pojęcia, którym dupkom tym razem udało się zbiec z więzienia i szczerze powiedziawszy, kompletnie ją to nie interesowało. Śmierciożercy i wszystko, co było z nimi związane... przeszłość. Bolesna przeszłość, od której całkowicie się odcięła. 
Uśmiechnęła się gorzko.
-Znów to robisz Granger- szepnęła, zdając sobie sprawę jak bardzo się oszukuje.
Obróciła tkwiący na palcu, złoty pierścień i pokręciła zrezygnowana głową. Ponownie przymknęła oczy, dając ponieść się wspomnieniom. Wiedziała, że po raz kolejny popełnia ten sam błąd, że wracając do przeszłości rozdrapuje ledwo co zabliźnione rany.Mimo to nie potrafiła się powstrzymać. Nie dziś. Zapach przesiąkniętego deszczem lasu, osiadająca na skórze mgła oraz oblepiający ją niczym pajęczyna odór krwi i taniego alkoholu. Dotyk raniącej palce, ciernistej różdżki, chłodnych, naznaczonych zadrapaniami palców. Widok pogrążonej w mroku polany i siedzącego przy ognisku Scabiora. Cichy szum drzew i jego niski, gardłowy śmiech. Tak blisko...
-Nie- szepnęła, czując jak fala paraliżującego chłodu zalewa jej otępiałe ciało- Niemożliwe...
Zaciskając dłonie w pięści znów poczuła się jak młoda, niepewna siebie Gryfonka. Tak wiele dni przepłakała zdając sobie sprawę, że ON nie wróci, tak wiele godzin spędziła leżąc na niepościelonym łóżku, do krwi raniąc sobie ręce ściskanym kurczowo pierścieniem. Tak wiele lat żyła wspominając to jak pachniał, jak mówił, jak się poruszał. Jaki był. A gdy w końcu pogodziła się z tym, że nigdy więcej go nie zobaczy, nie poczuje, nie dotknie.
Stał zaledwie parę metrów od niej, był na wyciągnięcie ręki. Choć jego twarz ukryta była pod przepastnym kapturem, doskonale wiedziała, że to on. Szczupła, muskularna sylwetka szczelnie okryta kunsztownie zdobionym płaszczem przysłaniała jedyne źródło światła- świecący na ciemnym niebie, blady księżyc. Przełknęła głośno ślinę widząc lśniące pod kapturem, dzikie, kocie oczy. Tak bardzo chciała go nienawidzić, tak bardzo... Po prostu nie potrafiła.
-To naprawdę ty...
Siedzący na parapecie kruk zakrakał gardłowo, przeskakując na osłonięte płaszczem ramię mężczyzny.
-Witaj piękna.

XIV Love. Hurt this strange kind of pain which is associated with pleasure.

Ciche, gardłowe mruknięcie poniosło się echem po pogrążonym w mroku korytarzu. Stojący pod ścianą mężczyzna zaklął wściekle i szarpnięciem podwinął rękaw lnianej koszuli. Fala szczypiącego bólu przeszyła go na wskroś. Zadrżał, czując jak emocje Czarnego Pana spajają się z płynącą w jego ciele krwią. Przymknął oczy i uśmiechnął się gorzko. Ból, za którym tęsknił latami, przynosił mu tak wielką rozkosz, że nie potrafił opisać go słowami. Konwulsyjnie zaciskał i rozluźniał dłoń, czując jak silne uczucia targają jego Panem. Czyżby to dziś? Czyżby misternie tkana przez Czarnego Pana sieć w końcu schwytała uciekającego przed przeznaczeniem Pottera?
Scabior. Imię przyjaciela momentalnie przywołało go do rzeczywistości. Zaciskając kurczowo szczęki, pohamował kolejną falę bólu nim zdołała na nowo zawładnąć jego ciałem. Westchnął ciężko, przez moment obserwując wydobywające się z jego ust obłoczki pary. Nagle, tuż za jego plecami, rozległo się ciche skrzypnięcie. Nim zdołał sięgnąć po różdżkę, silna dłoń zacisnęła się na jego nadgarstku, przygwożdżając go do ściany. Przesiąknięta zapachem krwi szata kobiety załopotała złowieszczo. W jej dzikich, zielonych oczach zalśniło rozbawienie a cichy, pełen szalonej radości śmiech rozbrzmiał w ciemnym korytarzu.
-Ręce przy sobie Lestrange- warknął, odpychając ją brutalnie.
Zacharczała niczym rozwścieczona kotka, lecz jej wąskie, wężowate usta nadal wykrzywiał pełen szaleństwa uśmiech. Zakołysała się w rytm nuconej pod nosem melodii i pomachała palcem tuż przed jego nosem.
-Nie ładnie Evan- szepnęła- Zawiodłeś mnie.
-Koniec gierek Bello. Podjąłem decyzję- wycharczał, nie spuszczając wzroku z jej ukrytej w kieszeni sukni ręki.
-Boisz się? O, nie zaprzeczaj. Czuje to. Śmierdzisz strachem niczym Granger szlamem.
Uśmiechnął się kpiąco.
-To dla ciebie żadna niespodzianka, czyż nie?
Popatrzyła na niego spod oka a po chwili roześmiała się radośnie.
-Szkoda, że nie jesteś tak zabawny, jak przystojny Evan...- szepnęła, przeciągając ostrym paznokciem po jego brodzie.
Odepchnął jej szczupłą, kościstą dłoń i zerknął na nią z obrzydzeniem. 
-Nie omotasz mnie jak Rudolfa. Nie zastraszysz jak Lucjusza. Nie rozkochasz w sobie, jak niegdyś Scabiora.
-William....- szepnęła, zamierając na moment.
Jej zielone ślepia błysnęły dziko.
-To przeszłość Bello- dodał, widząc jak imię Szmalcownika kaleczy jej usta- On już...
-Zamilcz!
Pełen furii krzyk poniósł się echem po pustym korytarzu. Przysunęła się do niego tak blisko, że czuł jej zimny oddech na swym policzku. Uśmiechnął się kpiąco, zaciskając dłoń na ukrytej w kieszeni spodni różdżce.
-Teraz jedyną moją miłością jest Czarny Pan- wycharczała- Will... Scabior był tylko moją zabawką!
-A może ty jego? Bo teraz jesteś nią na pewno.
-Teraz, jestem jego katem.
Z trudem powstrzymał się, od rzucenia w nią zaklęciem. Powstrzymała go tylko myśl o tym, jak ryzykownym posunięciem jest utarczka z obłąkaną wiedźmą. 
-Wciągnęłaś w to Rudolfa, Carrowów a nawet Dołohowa. Popełniłaś jednak błąd, przychodząc z tym do mnie. Nie boję się ciebie Bellatrix.
-Mogła bym cię zabić jak pierwszą lepszą szlamę Rosier!
-Nie, nie mogłabyś. Tyle pytań, wątpliwości... Nie możesz. I to cię zabija. Czekaj! To nie to- dodał, rozkładając teatralnie ręce- To niespełniona miłość! Żałosne Lestrange. 
Koścista, zakończona długimi, pożółkłymi paznokciami dłoń zacisnęła się na jego okrytym koszulą ramieniu. Ciemne plamy krwi szybko splamiły delikatny materiał. Czuł, jak ciepła ciecz spływa mu po przedramieniu, drażniąc pulsujący boleśnie znak. Kobieta zapiszczała gniewnie i przypierając go do chłodnej, zamkowej ściany, przechyliła głowę.
-Scabior zginie. Nic mu nie pomoże Evan.
-Boisz się?- zapytał, patrząc na nią kpiąco.
-Nie mam czego.
-Może tego, że mimo, iż tak bardzo go nienawidzisz, jego śmierć okaże się dla ciebie zbyt wielkim ciosem? A może to, że Czarny Pan nie ma pojęcia o tym, że zamierzasz posłać na szafot jednego z jego najlepszych sług?
-Nie masz pojęcia, jak wielką miłością darzę naszego Pana! Tylko jego- dodała, cedząc gniewnie słowa.
-Ależ mam. Mimo to, wciąż czujesz coś do Scabiora. Był twoją pierwszą miłością. Z początku odwzajemnioną, lecz potem... Pojawienie się Pana, tylko ułatwiło mu zerwanie z tobą. A ty znalazłaś sobie nowy obiekt, w którym do dziś możesz się durzyć.
-Durzyć- powtórzyła szeptem, rozkoszując się wypowiedzianym przez niego słowem. 
Uśmiechnęła się po chwili.
-To chyba dobre określenie. Dobry powód, dla którego zginie- stwierdziła, patrząc na niego spod oka- Jeśli przez ciebie coś pójdzie jutro nie tak... Znajdę dobry powód, dla którego pójdziesz w jego ślady.
Nim zdołał odpowiedzieć jej szczupła sylwetka rozmyła się w pogrążonym w mroku korytarzu. Skrzywił się  czując jej drażniący, przesiąknięty krwią zapach, oblepiający go niczym pajęczyna. Doskonale wiedział, że pogróżki Bellatrix lada dzień mogły stać się nieprzyjemnym faktem. Mimo to miał wątpliwości- musiał powiedzieć Scabiorowi, że egzekucja Granger jest tylko wnykiem, w który zostanie złapany. A zostanie na pewno- plan Lestrange był idealny. Szlama opętała serce i dusze Scabiora nierozerwalną siecią. Will zrobi wszystko, by uratować ją od śmierci. A tym samym, stanie się zdrajcą krwi, kolejnym do odstrzału. 
Zemsta Lestrange była bolesna. A Scabior zbyt wiele w życiu wycierpiał. Nie mógł ponieść kary za szaloną miłość Bellatrix. 
W przeciwieństwie do niego. On, nigdy nie miał nic do stracenia. A myśl o śmierci, działała na niego dziwnie perwersyjnie.

*** 

Ciepłe promienie słońca łaskotały ją po odkrytych przedramionach. Ziewnęła szeroko i podciągnęła się do siadu. Odgarniając potargane włosy z twarzy, rozejrzała się dookoła. Zmrużyła zdumiona oczy widząc, że wciąż znajduje się w pokoju Szmalcownika. Jęknęła cicho i opadła na miękką, ciepłą pościel. Przez moment miała nadzieję, że wczorajszy wieczór był tylko jej chorą fantazją. Widok porozrzucanych na podłodze butelek i opakowań po Fasolkach Bertiego Botta uświadomił jej, że jest zupełnie inaczej. Przymknęła oczy i wtuliła twarz w jedwabną, szmaragdową poduszkę.
-Matko!- warknęła, czując bijący od niej mdły zapach alkoholu.
Westchnęła ciężko i oparła się na łokciu. Nagły, przenikliwy ból rozdarł jej czaszkę niczym ostry miecz samuraja. Syknęła, sięgając po leżącą na podłodze butelkę po whisky i przyłożyła ją do czoła. Padła na łóżko, rozkoszując się bijącym od butelki chłodem, który koił ostry ból głowy. Zakasłała, czując drapanie w gardle. Suchość w ustach była nie do wytrzymania. Otworzyła jedno oko i rozejrzała się po pokoju. Odetchnęła z ulgą, widząc stojącą na stole szklankę. Zsunęła się z łóżka i rzucając butelkę na podłogę, sięgnęła po herbatę. Ku jej zdumieniu była jeszcze ciepła. Pachniała malinami i grzanym winem. Zupełnie taka, jaką lubiła. Upiła nieco rozgrzewającego napoju i podeszła do okna. Uchyliła je nieznacznie, wbijając wzrok w oświetlony porannym słońcem dziedziniec. Przełknęła głośno ślinę, zdając sobie sprawę, że nadszedł jej dzień. Dzień prawdy. Pokręciła głową i uśmiechnęła się gorzko. Przygotowywała się do tego tak długo a mimo to, wciąż nie pogodziła się z losem. Wczorajszy wieczór nie ułatwił jej tego w najmniejszym calu. Cieszył ją jedynie fakt, że decydujące machnięcie różdżki wykona ktoś, kto był jej bliski. Dość bliski. 
-Podły- mruknęła, obracając w dłoniach szklankę.
-Ładne podziękowanie za uroczy wieczór. A tak się starałem.
Niski, gardłowy głos wyrwał ją z zamyślenia. Podskoczyła zaskoczona, oblewając spodnie herbatą. Klnąc pod nosem, odstawiła lepiący się kubek na parapet i popatrzyła spod oka na stojącego w drzwiach Szmalcownika.
-Mógłbyś...
Uśmiechnął się rozbawiony i wskazał jej leżące na fotelu ubrania.
-To dla ciebie. Pomyślałem, że przyda Ci się coś innego niż para znoszonych jeansów i sprany t-shirt.
Uniosła zdumiona brwi i popatrzyła na fotel. Leżące na nim czarne, satynowe rurki błyszczały w bladym świetle wschodzącego słońca. Wisząca na oparciu, szara bluzka z krótkim rękawem urzekała drobnymi bufkami a stojące na podłodze, wygodne trampki aż prosiły się, by założyła je na zmęczone kilkutygodniową wędrówką stopy. 
-Skąd...?
Wzruszył ramionami. Zauważyła, że jego ciemnozieloną, poszarpaną koszulę zastąpiła czarna, gładka bluzka z cienkiego materiału. Spod niej wystawała oliwkowa koszula w kratę, niechlujnie wsadzona w podtrzymywane przez zdobiony ćwiekami pas, kraciaste spodnie. Wszystko nowe i czyste. No prócz wysokich, skórzanych butów, z którymi Scabior nie rozstawał się ani na chwilę. Powstrzymując uśmiech podeszła do fotela i przesunęła palcem po delikatnym materiale spodni. 
-W sam raz na egzekucję.
Ciche, pełne gniewu warknięcie przykuło jej uwagę. Mimo to, nie podniosła wzroku. Doskonale wiedziała, że Scabior wcale nie jest zadowolony z głównego punktu dzisiejszego wieczoru. Pewnie też chciał mieć to już za sobą. Mimo to nie łudziła się, że uda jej się dożyć jutrzejszego ranka. Scabior wyjaśnił jej wczoraj, że termin został przełożony tylko ze względu na prośbę Rosiera.
Podniosła wzrok, czując, że coś jest nie tak. Miała rację. Pełen kpiny uśmiech Scabiora zbladł. Jego ciemne oczy wpatrywały się w nią z niepokojem, bacznie obserwując jej bladą, ściągniętą twarz. Przez dwa dni pobytu w Hogwarcie znacznie przybrała na wadze. Nabrała sił i wiary w siebie. Wiary w Szmalcownika. I choć była pewna, że nigdy nie zaufa mu na tyle, ile by chciała, miała to gdzieś. Od wczoraj nie liczyło się nic.
-Weasley jest w Hogwarcie. 
A jednak coś się liczyło.
-Co?- wykrztusiła, wpatrując się w niego z niedowierzaniem. 
Scabior zagryzł usta i wsadził ręce do kieszeni spodni. 
-Mów- szepnęła, czując jak serce podchodzi jej do gardła-Ron?
Skinął głową, nie spuszczając z niej wzroku. Oparł się o drewnianą framugę drzwi i powiedział pozbawionym emocji, pustym tonem:
-Jest bezpieczny. Sprowadziłem go tu dla ciebie. Myślę, że... że chciałabyś się z nim pożegnać.
Otworzyła szeroko usta, a po chwili zamknęła je. Bo co niby miała powiedzieć? Że od paru dni nie pomyślała o Ronie choćby przez sekundę? Że stała się chwytającą chwilę egoistką? Nie znaczyło to, że za nim nie tęskniła. Słysząc wypowiadane przez Szmalcownika imię przyjaciela poczuła gulę w gardle. Tak bardzo zapragnęła wtulić się w ciepłe ramiona rudzielca, że przez moment zapomniała o stojącym w drzwiach Szmalcowniku. 
-Harry...- szepnęła, zdając sobie sprawę z tego, co oznaczało przybycie Rona do Hogwartu- Harry! Co z nim? Co z Harrym?
Kamienna twarz Scabiora nawet nie drgnęła.
-Kwestia czasu.
Gula w gardle zniknęła. Zamiast tego, pojawiły się zawroty głowy i szalona gonitwa myśli. Opadła na podłogę, zaciskając spocone dłonie na powycieranych jeansach. Scabior cmoknął niezadowolony i jednym susem znalazł się przy niej. Objął ją w pasie i mocnym szarpnięciem podciągnął do góry.
-Zostaw mnie! Zostaw!- krzyknęła, szarpiąc się niczym spłoszony królik.
Jej wielkie, ciemne oczy patrzyły na niego z tak wielką nienawiścią, że przez sekundę miał ochotę wykończyć ją avadą. Szybko się opanował i zacieśniając uścisk, przyciągnął ją do siebie.
-Przestań!- warknął,  jedną ręką chwytając szamoczące się dłonie dziewczyny- To nic nie znaczy!
-Jak możesz- wyszeptała, patrząc na niego pełnym żalu wzrokiem- Nie masz pojęcia co to znaczy!- nim zdołał odpowiedzieć, roześmiała się gorzko- A może masz! Musisz się cieszyć, prawda? Wygrałeś! Wygrałeś wstrętny draniu!
Pokręcił zrezygnowany głową, widząc igrające w jej oczach szaleństwo. Doskonale wiedział, że wiadomość o przegranej Pottera będzie dla niej nie lada ciosem, ale nie widział innego wyjścia. Musiał być wobec niej szczery. Był jej to winien.
-Wcale nie- odparł, widząc jak opada z sił- Przegrałem wszystko, ale jeśli mi pomożesz, możemy to odzyskać. Możemy pomóc sobie wzajemnie, odzyskać spokój...
Popatrzyła na niego, wciąż groteskowo się uśmiechając.
-My? Jakie my? Nie ma żadnych nas! 
Zabolało. Miał wrażenie, że powietrze ucieka mu z płuc. Zmrużył oczy, kątem oka widząc pulsujący na ręku mroczny znak. Symbol od wczoraj palił żywym ogniem, lecz ból ten był niczym, w porównaniu z tym, który sprawiła mu szlama. Uśmiechnął się dziko i zacieśnił chwyt. Jęknęła cicho, na darmo próbując wyswobodzić się z objęć Szmalcownika. Przysunął się tak blisko, że czuła jego przepełniony zapachem tanich papierosów oddech. 
Maska. Lodowa, wyzuta z emocji. Jak mogła dopuścić do tego, że znów ją założył? Tak długo...
-Ja...
-Przebierz się i zejdź na dół. Czas zjeść ostatnie w życiu śniadanie- powiedział i nie zwracając uwagi na jej pełne żalu spojrzenie, wyszedł zostawiając ją na pastwę morderczych myśli.
Maska. Znów ją założył.
Umarła dziś po raz pierwszy. Oby drugi raz był mniej bolesny- pomyślała, z trudem powstrzymując łzy.

*** 

-Że też nie zamordował mnie ktoś lepszy- stwierdziła Dafne, obserwując wychodzącego na korytarz Scabiora.
-Ktoś lepszy by cię nie zamordował- warknął, opierając czoło o chłodną, kamienną ścianę.
Przymknął oczy i odprowadził wzrokiem znikającą za rogiem grupkę chichoczących Krukonek. Splunął gniewnie i wkładając ręce do kieszeni, zbiegł po schodach. Skinął pilnującemu wyjścia Dołohowowi i wyszedł na dziedziniec. Chłodny podmuch wiatru rozwiał jego luźno upięte, czarne włosy. Uniósł kpiąco brwi, widząc majaczącego na pochmurnym niebie ptaka. Wielkie, czarne skrzydła kruka załopotały, gdy jego drobne, zakończone ostrymi pazurami łapy, zachrzęściły na żwirowanej drodze.  Scabior pokręcił głową i machnięciem ręki, odpędził wielkie ptaszysko.
-Spieprzaj- warknął, przysiadając na kamiennych schodach zamku.
Dafne uśmiechnęła się widząc, jak kruk kracząc oburzony, znika w pogrążonym w letargu Zakazanym Lesie. Cmoknęła zadowolona i bawiąc się rogiem szaty, popatrzyła spod oka na nachmurzonego Scabiora.
-Właściwie to po co Ci to zwycięstwo Tego-Kogo-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać? Co będziesz wtedy robił?
Parsknął kpiąco.
-Zamilcz. Doskonale wiem o co ci chodzi. 
-Tak?- zapytała,  siadając obok niego i machając beztrosko nogami.
-Sama na to wpadłaś czy to kolejny pomysł Rosiera?
Wzruszyła ramionami. 
-Nie wiem o co ci chodzi. Po prostu pomyślałam sobie, że skoro tak bardzo jara cię zabijanie i takie tam... Zresztą bycie złym w świecie, gdzie większość takimi jest,  nie jest chyba takie fajne jak teraz.
Scabior roześmiał się gorzko. W jego czarnych, przenikliwych oczach zalśniła ironia. Ku zdumieniu dziewczyny, było tak tylko przez chwilę. Sekundę później, na przystojnej twarzy Szmalcownika ponownie zagościł sztuczny, tajemniczy uśmiech.
-Nie żałuj mnie do cholery.
Wzruszyła ramionami.
-Nie wkurza cię to?
Uniósł pytająco brwi i machnięciem różdżki wyczarował brudną butelkę, pełną przejrzystej cieczy. Ze znudzeniem obserwowała jak wyrzuca korek na idealnie przystrzyżony trawnik i wlewa w siebie pół butelki Ognistej Whisky.
-To kim się przez nią stałeś. 
-Skąd wiesz, kim byłem wcześniej?
-Nie mam pojęcie, ale na pewno nie tym, kim jesteś teraz. Nikt kto czuje się ze sobą dobrze, nie upija się co wieczór do nieprzytomności, mrucząc pod nosem znienawidzone imię...
-Zamilcz- warknął, krzywiąc się od nadmiaru gorzkiego trunku- Nie mam ochoty wysłuchiwać twoich pełnych patosu frazesów. I na pewno nie szepczę twojego imienia!
-Jesteś skazany na porażkę Scabior- szepnęła, z uśmiechem wpatrując się w unoszone przez wiatr, pożółkłe liście-Jeśli jej dziś nie zabijesz, Czarny Pan wyda na ciebie krwawy wyrok. Jeśli jednak to zrobisz... Poczujesz jak dobrze było by zginąć z ręki swego Pana.
Scabior zamarł na moment, obracając w pokrytych zadrapaniami dłoniach butelkę z palącym gardło alkoholem. Wbił swe ciemne, lodowate spojrzenie w pewien odległy punkt, przygryzając do krwi dolną wargę spierzchniętych ust. Po chwili na jego bladej, pokrytej jednodniowym zarostem twarzy pojawił się sztuczny, pełen groteski uśmiech.
-W takich momentach czuję się jak nowo narodzony, wiesz?- mruknął, upijając nieco whisky- Pełen zapału, żądzy mordu, szaleństwa. Jedyne o czym wtedy myślę, to pulsująca w twoich bladych, martwych żyłach krew. Bo pulsuje, prawda? Szumi ci w uszach, choć mam wrażenie, że jej cichy szmer jest głośniejszy niż ryk rozjuszonego Rogogona...- urwał, mrużąc swe ciemne, lśniące pod maską obojętności oczy- Gadam jak obłąkany, prawda?
Skinęła głową, głośno przełykając ślinę.
-Trochę.
Roześmiał się dziko, z hukiem odstawiając butelkę na pokryty drobnymi kamyczkami dziedziniec.
-Taki właśnie byłem wcześniej Dafne- szepnął, próbując pochwycić w palce opadający jej na ramię kosmyk długich, lśniących włosów- Po prostu zły. I wiesz co? Dalej taki jestem. Tyle, że pragnę dzielić to popieprzone życie z kimś jeszcze. 
Dafne otworzyła szeroko usta, po czym zamknęła je szybko. Słowa płynące z ust Szmalcownika przerażały ją, lecz równie mocno fascynowały. Patrzyła na niego tak, jakby widziała go po raz pierwszy. Doskonale rozumiała szlamowatą Granger i każdą kobietę, której Scabior skradł serce. Tak samo, jak codziennie robił to Draco. Dwa zimne dranie. Dwa kamienne serca, dwie czarne jak smoła dusze. Takich albo się kocha, albo nienawidzi. 
-To zrób to- powiedziała cicho, przełykając głośno ślinę- Nie pozwól by ją zabito.
-Nie mogę!- syknął, zaciskając wściekle zęby- Po prostu nie mogę. 
-Dlaczego?
Warknął niezadowolony, karcąc ją wzrokiem.
-Ciekawska szelma- stwierdził, po czym wbijając wzrok w majaczącą w oddali sowę dodał- Oprócz tego, że niezły ze mnie drań, równie wielki ze mnie egoista. Chce żyć. Nie oddam tego tak łatwo, tym bardziej, że na Slazara, drugiego nie dostanę. Poza tym... On i tak wygra Dafne. Życie szlamy nic nie znaczy, ani dla niego ani dla dobra pieprzonego świata.
-Ale dla ciebie tak- mruknęła wstając.
Westchnął ciężko, patrząc na nią wilkiem. Miał dość utarczek z przebiegłą Ślizgonką. Nie ważne jak bardzo się starał, zawsze potrafiła go przegadać. 
-Potter zbliża się do zamku- powiedział, patrząc na siedzącego na pobliskim drzewie kruka. 
Dafne zmrużyła zdumiona oczy i odruchowo spróbowała złapać go za ramię. Drgnął czując przenikającą go, chłodną materię.
-Co?
Uśmiechnął się niebezpiecznie.
-Myślałaś, że zostawi przyjaciół na pastwę Czarnego Pana? Jego lwie serduszko na to nie pozwala. Nie wspominając o urażonej dumie, honorze i innych typowych dla bohatera dupereli. 
-Przecież...-urwała, prychając niezadowolona- Nie możesz pozwolić by się tu zjawił. Nie ma szans z oddziałami...
-Wiem- mruknął, przerywając jej- I kompletnie mnie to nie obchodzi.
-Kłamiesz Scabior- stwierdziła- Cały czas okłamujesz wszystkich dookoła. Nawet przed sobą grasz pozbawionego uczuć dupka. Może i jesteś zły, ale na pewno nie pozbawiony uczuć. Nienawiść, żal i ta cholerna miłość do niewartej ciebie szlamy. Skończ tą szopkę- syknęła i nie obdarzając go choćby przelotnym spojrzeniem, zniknęła za grubymi murami zamku.
Siedzący niedaleko kruk wlepił w niego swe czarne niczym onyksy ślepia. Scabior zmrużył gniewnie oczy i machnięciem ręki posłał w jego kierunku oszołamiacza. Zwierzę zacharczało gardłowo, w ostatniej chwili uchylając się przed nadlatującym zaklęciem. 
Siedząca po drugiej strony kamiennej ściany Dafne westchnęła znużona. Potter. Nazwisko Pottera prześladowało ją od lat. Myśląc, że latami modliła się by to imię jej Dracona budziło taki postrach, nie potrafiła ukryć uśmiechu. Sfrustrowany niepowodzeniami Draco, zerwał z nią, winiąc ją za wszelkie porażki. . Gdyby nie Rosier, który tylko pchnął ją we właściwie ręce, wciąż wiodła by pełen żalu i zawiści żywot. Coraz trudniej było ukryć ten fakt przed Scabiorem, który mimo swych wad stawał się jej coraz bliższy. I choć nie raz miała ochotę rzucić w niego avadą cieszyła się, że to właśnie jemu towarzyszyć będzie do końca jego życia. Tylko na Salazara, co potem?

 *** 
Chłód i ciemność. Nie tylko na dziedzincu pogrążonej w ciszy szkoły. Także w niej. Odkąd wyszedł, trzaskając drzwiami i znikając za lodową maską, nie potrafiła przestać o nim myśleć. Uśmiechnęła się zdając sobie sprawę, że po raz pierwszy odkąd go poznała, nie bała jawnie przyznać się do tego, że cały jej świat wirował tylko wokół niego. Voldemort, horkruksy, a nawet Ron czy Harry, przestawali mieć dla niej jakiekolwiek znaczenie, gdy tylko ON był w pobliżu. To jego oddech chciała czuć na swym policzku. Jego lodowatą dłonią chłodzić gorące od strachu czoło. Przytulać się do jego piersi, wdychać jego zapach. Chciała JEGO. A tymczasem sprawiła, że znów ją znienawidził. Znów odszedł. Mimo żalu, który zatruwał jej serce, wiedziała, że raniąc go sprawi, że wieczorne zajście stanie się dla niego mniej bolesne. Uciszy jego budzące się do życia sumienie, ukoi zmęczone myśli. Pozwoli mu zapomnieć.
Pchnęła delikatnie drewnianą ramę okna, które z cichym skrzypnięciem stuknęło o kamienną ścianę zamku. Przymykając oczy pozwoliła, by wiatr rozwiał jej dawno nie przycinane włosy. Biorąc wdech poczuła doskonale jej znaną, ostrą woń papierosów i taniego alkoholu. Serce podeszło jej do gardła a krew zaszumiała w uszach. Przełykając głośno ślinę odwróciła się, próbując uchwycić spojrzenie stojącego w ciemnym rogu pokoju Szmalcownika. 
-Proszę...
Podniósł rękę i niedbałym machnięciem uciszył patrzącą na niego błagalnie dziewczynę. Zaciskając dłoń na ciernistej różdżce, jednym susem pokonał dzielącą ich przestrzeń. Straciła dech patrząc w jego ciemne, przepastne oczy tak pełne gniewu, że musiała odwrócić wzrok.
-Nie mamy za wiele czasu- szepnął gardłowo, ponownie przyciągając jej spojrzenie.
-Nie rozumiem...
-Nie musisz- warknął Scabior, mocnym szarpnięciem przyciągając ją do siebie.
Otworzyła zdumiona usta, nie spuszczając wzroku z zaciśniętych gniewnie, wąskich usta Szmalcownika.
-Co się dzieje?- zapytała, czując jak nogi odmawiają jej posłuszeństwa.
-Nic nowego. Wojna- odparł, szepcząc pod nosem niezrozumiałą dla niej formułkę.
Zakasłała głośno, czując jak drapiący dym wdziera jej się do gardła. Przymknęła oczy, czując delikatne szarpnięcie. Chwilę później znajdowała się na zasnutej mgłą, osłoniętej drzewami polanie. Scabior odepchnął ją brutalnie, wyjmując z kieszeni ciernistą różdżkę.
-Lumos!Blade światło oświetliło jego pokrytą kilkudniowym zarostem twarz. Obwiedzione czarną kredką, ciemne oczy patrzyły na nią chłodno. 
-Żadnych idiotycznych pomysłów Granger- warknął, rozglądając się czujnie dookoła.
Widząc jak jednym krokiem pokonuje dzielącą ich odległość, odsunęła się błyskawicznie, patrząc na niego wściekle. 
-Nigdzie nie idę póki nie wyjaśnisz mi, co się tu do cholery dzieje!- stwierdziła, zakładając ręce na piersi.
-Żartujesz sobie ze mnie, prawda?- syknął, przysuwając się do niej tak blisko, że czuła na sobie jego ciepły, przesiąknięty zapachem whisky oddech.
Zacisnęła dłonie w pięści tak mocno, że czuła jak paznokcie rozcinają jej skórę. Nie rozluźniła ich nawet, gdy poczuła ściekającą po palcach krew. Nie zwracając uwagi na ból, wbiła wzrok w stojącego tuż przed nią mężczyznę. Przełknęła głośno ślinę, czując jak serce podchodzi jej do gardła. 
-Przestań- szepnął pełnym rezygnacji tonem i przymykając oczy, rozprostował jej drżące z bólu, lepkie od krwi palce- Durny nawyk- dodał i machnięciem różdżki zaleczył płytkie rany.
Otworzyła szeroko usta, lecz nie mogąc wydusić z siebie słowa, zamknęła je szybko. 
-Przepraszam za to, co wcześniej powiedziałam- jęknęła, cofając się nieznacznie- Byłam zła i chciałam sprawić ci ból... Przepraszam.
Z trudem powstrzymała pełne zawodu mruknięcie, widząc jak Scabior chowa swe pokryte zadrapaniami ręce do kieszeni kraciastych spodni. Przygryzła wargi, by nie powiedzieć niczego głupiego. 
-Cel został osiągnięty- odparł, odwracając wzrok. 
Nie myśląc o tym, co właśnie zamierza zrobić i jakie będą tego konsekwencje, ujęła w dłonie bladą twarz Szmalcownika i zwróciła ją ku sobie. Udając, że pociągająco niebezpieczne spojrzenie Scabiora nie robi na niej wrażenia, przysunęła się do niego tak, że czuła bijący od niego zapach alkoholu. 
-Popełniłam błąd, przeprosiłam za to, nawet dwukrotnie. Więcej nie zamierzam. Jeśli wciąż nie możesz mi wybaczyć, lepiej odeślij mnie z powrotem do zamku.
Scabior zmrużył zdumiony oczy, rozkoszując się każdym wypowiedzianym przez dziewczynę słowem. Doskonale wiedział, że pociągał ją jako mężczyzna. Od zawsze miał powodzenie, więc nie było dla niego niespodzianką, że młoda szlama zadurzyła się w nim po uszy. Nie spodziewał się jednak, że uczucie którym go darzy, może być głębsze. Prawdziwsze.
-To za mało Granger- wycharczał, zdejmując jej dłonie z twarzy- A może za dużo... To nie ma znaczenia. Lestrange wyruszy za mną gdy tylko dowie się o Twoim zniknięciu. Nie mamy czasu na wyznania. Prawdopodobnie za godzinę bedę już martwy więc na Salazara, ruszmy się stąd!
Przymknęła na moment oczy. Nie oczekiwała, że padnie przed nią na kolana, szepcząc jej pełne romantyzmu frazesy, jednak jego reakcja była tak oschła, że bijące w jej piersi serce, zakołatało boleśnie. Stojąc przed nim myślała tylko o tym, że prawdopodobnie spędza z nim ostatnią godzinę w życiu. Miała ochotę rzucić w siebie Cruciatusem, gdy zdała sobie sprawę, że przez moment zastanawiała się nad tym, jak wielkim sukcesem dla Zakonu będzie śmierć Scabiora. Jak wielką ulgą dla Harrego i reszty powstańców.Nie miała jednak pojęcia, czym będzie dla niej. Nie potrafiła sobie wyobrazić jego braku. Jego pełnych kpiny uśmiechów, mdlącego zapachu alkoholu i krwi, który pokrywał go niczym druga skóra. Drapiącego dotyku pokrytych zadrapaniami dłoni, przenikającego ją na wskroś spojrzenia...  Jego. 
-Zdradzasz swego Pana- stwierdziła, uśmiechając się gorzko.
Uniósł kpiąco brwi, spoglądając na nią z rozbawieniem. Po chwili jego silna dłoń zacisnęła się na jej nadgarstku. Siedząca pod drzewem Dafne westchnęła teatralnie.
-Powiedz jej coś gburze- mruknęła, opierając głowę o pień starego, rozłożystego drzewa-Coś w stylu "Me serce zdradziło go już dawno..." albo "To nie ważne, od dawna jestem wierny tylko tobie...".
Scabior z trudem powstrzymał się od drapieżnego uśmiechu, który cisnął mu się na usta. Przygryzając lekko wargi, skierował się w głąb lasu, ciągnąc za sobą dziewczynę.
-Jego pomysły do mnie przemawiają, a ich realizacja jest iście szatańską fantazją, której nie potrafię się oprzeć- zamyślił się na moment, po czym dodał cicho- Chociaż nigdy nie byłem mu całkowicie oddany.
Hermiona zastanowiła się przez chwilę, wpatrując się w plecy idącego przed nią Szmalcownika.
-Czyli jesteś jego sługą tylko dlatego... że masz z tego ubaw?
Scabior roześmiał się cicho.
-Sam bym tego lepiej nie określił. Wiesz...- urwał, wzdychając ciężko- To szampon czy perfumy?- widząc jej pytające spojrzenie, pokręcił zrezygnowany i przyspieszył kroku- Coś jak róże, ale o wiele delikatniejsze. Trochę cynamonu. Słodki, ale nie ciężki. Ciągle czuję to na sobie.
Odchrząknęła głośno, czując jak na blade policzki wypływa jej wstydliwy rumieniec. 
-To perfumy- odpowiedziała, uśmiechając się zmieszana- Zrobiłam je podczas podróży po kolejnego horkruksa...
Zamilkła, czując na jak grząski grunt wchodzi. Zerknęła niepewnie na idącego dziarsko Scabiora, ale na jego przystojnej twarzy nie malowało się nic prócz kpiącego uśmiechu. Chłodny powiew wiatru wzburzył jego ciemne, spięte w luźny warkocz włosy, które przysłoniły lśniące dziko, kocie oczy. Idąc z nim ramię w ramię i obserwując krążącego nad nimi kruka, przypomniała sobie o długiej, kilkutygodniowej wędrówce do Hogwartu, która (o zgrozo!) była najlepszym okresem w jej życiu. To właśnie wtedy przekonała się, jak bardzo pomyliła się przystając do Rona i Harrego. W myślach dziękowała Scabiorowi za to, że pomógł jej odkryć jej prawdziwe ja. To właśnie dzięki niemu zrozumiała, że nie zasługuje na miłość kogoś tak szlachetnego jak Ron, na przyjaźń kogoś tak odważnego jak Harry. Na godło lwa, które przez lata nosiła na piersi. I choć do końca życia będzie czuła się gorliwą Gryfonką, dopuściła do siebie myśl, że równie mocno pasuje do domu węża. Gdyby tylko nie ta brudna krew...- pomyślała, uśmiechając się pod nosem. 
Nagle Szmalcownik przystanął i opierając się nonszalancko o gruby pień starego drzewa, założył ręce na piersi. Popatrzyła na niego pytająco, a on w odpowiedzi parsknął cicho.
-Dalej musisz radzić sobie sama- powiedział oschle, machnięciem ręki wskazując jej, w którą stronę powinna iść- Przed północą Evan przyprowadzi do was Pottera i Weasleya. Postaraj się tylko, żeby w zamian za to puścili go wolno. Zasłużył sobie na to Granger. Przekaż...- urwał, przegrzebując kieszenie spodni- Przekaż to Potterowi. Tylko na Salazara, nie próbujcie czarów- dodał, wciskając w jej spoconą dłoń drgający nieznacznie, zimny przedmiot- Nie lubi tego.
Hermiona zerknęła na niego zdumiona, widząc mieniący się w bladym świetle księżyca medalion.
-Oddajesz mi go?- wychrypiała.
Skinął głową.
-Tak przy okazji, następny bibelot jest w skarbcu Lestrangów. A na poparzenia najlepszy jest okład z liści geranium. Śmierdzi, ale szybko łagodzi ból.
Hermiona uniosła zdumiona brwi, obracając medalion w dłoniach.
-Skąd...
-Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie- stwierdził, zerkając spod oka na obserwującą go z drzewa Vanję- Nie cierpię podglądaczy.
Dafne parsknęła kpiąco, ale Scabior kompletnie nie zwrócił na nią uwagi. Starając się zapamiętać każdy, najdrobniejszy szczegół, przyglądał się chowającej medalion dziewczynie. Głęboko wdychał przesiąknięte jej zapachem powietrze, rozkoszując się ostatnimi chwilami z nią spędzonymi. Misternie segregował w pamięci wszelkie związane z nią wspomnienia, przy okazji szydząc ze swej słabości do niej. Uwiodła go szlama. Młoda, uparta, będąca całym swym miękkim serduszkiem za cholernym wybrańcem dziewczyna Weasleya... Na śmierdzące stopy trolla, jak mogła być dziewczyną tego tchórzliwego rudzielca? 
-Nie ważne- mruknął cicho, nie odrywając wzroku od stojącej przed nim szlamy.
-Widzę, że humor ci dopisuje- powiedziała Hermiona, wkładając ręce do kieszeni.
Cmoknął niezadowolony.
-Czy ja wiem... Można go określić jako nie za kiepski, ale żeby od razu dobry...
Uśmiechnęła się, widząc igrające w jego oczach rozbawienie. To takiego Scabiora chciała zapamiętać. Pełnego kpiny, tajemniczego, pociągającego, otoczonego drażniącym zapachem papierosowego dymu. Złego łobuza, w którym gdzieś głęboko echem odbijało się coś na kształt uczucia. Serce ścisnęło jej się na myśl, że widzi go po raz ostatni. Nie zastanawiając się nad tym, co właśnie robi, zarzuciła mu ręce na szyję i przylgnęła do jego ciepłego, muskularnego ciała. Po długiej niczym wieczność chwili, kiedy już w duchu zaczęła przeklinać swój słaby, skory do głupich posunięć charakter, poczuła na plecach delikatne muśnięcie jego szorstkich dłoni. Zamknęła oczy rozkoszując się chłodnym oddechem Szmalcownika, który kojąco drażnił jej blade policzki. 
-Obiecaj mi, że zrobisz wszystko co w twojej mocy, żeby przeżyć tę noc- szepnęła, zacieśniając uścisk.
Scabior uśmiechnął się szeroko, nawijając sobie na palec kosmyk jej ciemnych, falowanych włosów. 
-Obiecuję piękna- odparł i przygryzając swe spierzchnięte usta, z trudem odsunął ją od siebie.
Ostatnim co zobaczył zza kurtyny czarnego jak pióra kruka dymu, był lśniący na jej szczupłym palcu, srebrny pierścień, który ponad dwadzieścia lat temu zdjął z martwej dłoni matki. Zaklął pod nosem zdając sobie  sprawę, że będąca omen śmierci błyskotka wciąż powinna tkwić na jego dłoni. Cholera.

XIII Everything I cherish, Is slowly dying, or it's gone.

Kopnięciem zamknął drzwi za znikającą w gabinecie Umbridge szlamą. Oparł głowę o chłodną, kamienną ścianę zamku i zacisnął kurczowo szczęki. Przymknął zmęczony oczy i westchnął ciężko.

-Wykończy mnie!- warknął i chowając ręce do kieszeni spodni, zszedł po spiralnych schodach. 
Zaklął pod nosem, widząc wylewający się z sal potok uczniów. Uniósł kpiąco brwi, widząc stojącą pod ścianą grupę starszych Ślizgonów. Na czele z gestykulującym żwawo Zabinim, przedrzeźniali nadchodzącą grupę zdezorientowanych Gryfonów. Tuż za nimi, jak cień, podążał Amycus, odziany w długą do ziemi, czarną szatę. 
-Nie miałem pojęcia, że trwa nabór do kadry- powiedział, uśmiechając się szyderczo do zerkającego na niego spod oka Carrowa.
-Patrząc na ciebie uświadamiam sobie, jak dobrą decyzję podjąłem zaciągając się tu- mruknął, odprowadzając wzrokiem stłoczonych wokół Flitwicka Puchonów. 
-Sugerujesz coś?
Amycus roześmiał się gardłowo i pokręcił przecząco głową.
-Gdy dojdziesz do słusznego wniosku, iż twoja leśna tułaczka jest cholernie bezsensowna, przyjdź do mnie. Jest jeszcze parę stołków do obsadzenia.
-Kiepski ze mnie belfer- stwierdził Scabior i wymijając bawiących się zniczem Ślizgonów dodał kpiąco- Przyjemnej lekcji Carrow!
Jeszcze czego- pomyślał i z ulgą opuścił zatłoczony korytarz- Jakbym miał za mało gówniarzy do niańczenia.
-Avada Kedavra!
Struga zielonego światła minęło go zaledwie o cal. Zmrużył zdumiony oczy i dobywając różdżki, uskoczył za trzymającą pochodnię zbroję. Mocnym szarpnięciem oderwał kawałek lśniącej kolczugi i obracał ją przez moment. Po chwili w gładkiej powierzchni zamajaczyła szczupła, wysoka sylwetka. Dziewczyna zatrzymała się i zamglonym wzrokiem zlustrowała korytarz. Jej wąskie wargi wykrzywił blady uśmiech. Po chwili strumień zielonego światła uderzył z hukiem o zbroję. Scabior uskoczył w ostatniej chwili i przekrzykując łomot spadającego na ziemię metalu ryknął:
-Protego!
Dziewczyna zamarła z szeroko otwartymi ustami. Jej ciemnozielone oczy zabłysły a zaklęcie Imperiusa opuściło konający umysł. Scabior pokręcił zdumiony głową, obserwując jak ciało z gruchotem opada na podłogę. 
-Co do...- wycharczał, z otępieniem wpatrując się w zwłoki dziewczyny.
Rykoszet. Zabił ją rykoszetem!
-Widziałam ją! Była przeraźliwie blada i chuda- podniecony szept niósł się echem po pogrążonym w półmroku korytarzu- A ten facet... Istny demon. 
Gdyby nie leżące przed nim, jeszcze ciepłe zwłoki zapewne dłużej zastanowił by się nad słowami nadchodzących uczennic. Klnąc wściekle pod nosem machnął różdżką unosząc ciało do góry. Lewitujące zwłoki powędrowały za nim w stronę wnęki, na środku której stał ogromny posąg goblina. Przyparł plecami do chłodnego marmuru i patrząc na opadające z szelestem ciało, odprowadził wzrokiem znikające za rogiem Puchonki. Odetchnął z ulgą i przypatrzył się pozbawionym życia, kocim oczom dziewczyny. Na jej szczupłej, bladej twarzy wciąż igrał szyderczy uśmiech. Skrzywił się, widząc szerokie na kilka cali rozcięcie, znaczące alabastrową skórę na szyi. Kucnął i przeciągając palcem po świeżo zasklepionej ranie, zerknął na godło wyszyte na szacie. Genialnie. Zabił Ślizgonkę.

*** 

Bijące od kominka, blade światło oświetliło pogrążoną w zadumie twarz Szmalcownika. Siedząca w fotelu Vanja pokręciła zrezygnowana głową i sięgnęła po stojąca na stoliku butelkę.
-Nie minęła godzina od naszego cholernego przybycia tutaj, a ty już posłałeś kogoś na drugą stronę!- warknęła, nalewając do szklanki grzanego miodu z korzeniami, podarunku od tłustej dyrektor Umbridge. 
-Zamilcz- odparł Scabior i wyrywając jej szklankę popatrzył znudzony na leżące na dywanie ciało- Niedługo zacznie cuchnąć.
-Powiedz to Carrowom albo Dołohowowi- ożywiła się wypowiadając nazwisko Śmierciożercy- Swoją drogą pociągający facet. Może mógłbyś...
-Na śmierdzące gacie Snape'a!- parsknął, upijając nieco rozgrzewającego napoju- Nie jestem pieprzoną swatką! A poza tym, do jasnej cholery, on ma grubo ponad czterdziestkę!
-A ona niecałe dwadzieścia- syknęła, zakładając ręce na piersi- I jest szlamą. 
Scabior warknął niczym rozjuszony byk i z hukiem odstawił szklankę na kamienny parapet. Jednym susem pokonał odległość dzielącą go od dziewczyny i zaciskając dłonie na oparciach fotela wyszeptał wściekle:
-Sugerujesz coś?
Vanja zmierzyła go pełnym pogardy wzrokiem lecz po chwili w jej ciemnych oczach pojawiła się skrucha.
-Wybacz- odparła cicho, odkręcając głowę w kierunku igrających z drewnem płomieni- Nie moja sprawa.
Dyszący gniewnie Szmalcownik jeszcze przez chwilę mierzył ją pełnym złości wzrokiem, lecz w końcu odpuścił i przeczesując palcami spięte w luźny warkocz włosy, wrócił na chłodny, kamienny parapet.
-Po Rosiera. Już.
Vanja przełknęła głośno ślinę i skrzywiła się nieznacznie.
-Nie wydaje mi się żeby...
-Już!
Wściekły ryk Scabiora odbił się echem po zakurzonym pokoju, w którym do dziś pozostały ślady po obecności nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią, śmierdzącego wilkołaka Lupina. Vanja pokręciła zrezygnowana głową i mrucząc coś pod nosem zmieniła się w dużego, czarnego kruka. Scabior otworzył okno i nie patrząc na znikającego w ciemności ptaka, przymknął zmęczony oczy.
-Byłam naprawdę ładna.
Cichy, pełen zastanowienia głos wyrwał go z zamyślenia. Zmrużył zdumiony oczy i rozejrzał się po pokoju. Z początku wcale jej nie zauważył. Lecz gdy po raz drugi zerknął na stojący obok kominka fotel, zamarł z szeroko otwartymi ustami. Nieco przezroczysta, perłowa materia, do złudzenia przypominająca leżące na dywanie zwłoki, siedziała wygodnie rozparta na aksamitnym fotelu i machając szczupłymi nogami, patrzyła na niego spod oka.
-Ty...- mruknął Scabior, wpatrując się w bladą twarz ducha- Ona... Cholera!
Dziewczyna uśmiechnęła się kpiąco i wzruszyła ramionami.
-Tak jakoś wyszło. Nie żebym chciała tu zostać, ale... za nic nie mogę się ruszyć. Dosłownie.
Szmalcownik zaklął pod nosem i zakładając ręce na piersi, oparł się o chłodny parapet.
-Co masz na myśli?
Perłowe usta dziewczyny wykrzywił pełen gniewu grymas. W mgnieniu oka znalazła się tuż przy nim i dźgając go palcem w pierś krzyknęła:
-Zabiłeś mnie! Zabiłeś! Ty parszywy, śmierdzący...
Scabior parsknął kpiąco, patrząc jak blady palec rozmywa się za każdym razem, gdy dziewczyna wymierzała mu pełne wyrzutu dźgnięcie.
-Po pierwsze- mruknął, próbując machnięciem ręki odgonić ducha- Jesteś zimna. Po drugie, to nie ja. To Ty.
Cmoknęła niezadowolona, wkładając ręce do kieszeni szaty.
-Życie jest przeceniane- mruknęła, odsuwając się od niego nieznacznie- Co jednak nie znaczy, że nie chciałam żyć, ale...
Szmalcownik skrzywił się z obrzydzeniem i wymijając kołyszącą się delikatnie dziewczynę, usiadł w ustawionym przy kominku fotelu.
-Do diabła!- warknął, dolewając sobie miodu- Podoba ci się bycie uwięzioną między światami materią? Cudnie! W takim razie spadaj stąd i ponawiedzaj sobie kogoś innego. Może swojego chłopaka?
-Nie mam go. To znaczy miałam, ale nie układało się nam...
-Wybacz, ale mam dość ckliwych historyjek. Zostałaś duchem. Masz setki nowych możliwości, więc czego tu wciąż tkwisz?
Upił nieco rozgrzewającego miodu i zakładając nogi na stół, popatrzył na leżące na ziemi zwłoki. Już miał się o coś spytać, ale przerwała mu pełnym gniewu głosem:
-Chciałabym. Naprawdę- dodała, podchodząc do migoczących wesoło płomieni- Ale nie mogę. Za każdym razem gdy staram się odejść od ciebie choćby na kilka metrów- klasnęła w dłonie- Bum! Jakbym waliła w szklaną ścianę!
Scabior zakrztusił się słodkim napojem i charcząc dziko, zerknął na nią zdumiony.
-Czekaj. To znaczy, że ty... 
-Łażę za tobą od paru godzin. Pokazałbym się wcześniej, ale ona... ta czarna- cmoknęła, szukając w pamięci imienia animaga- Vanja. Mała, ruska okrutnica. Nie mam pojęcia jak możesz się z nią zadawać- mruknęła, krzywiąc się z niezadowoleniem- Jest ładna, ale to chyba jedyny jej atut.
-Na zatęchłe kanały Hogwartu!- jęknął i z hukiem odstawiając pustą szklankę, ukrył twarz w dłoniach- Nie ma jakiegoś sposobu, żeby się ciebie pozbyć?
Wzruszyła ramionami i podeszła do okna. Czarne chmury spowiły gwieździste niebo. Jasne światło skrytego za drzewami księżyca, oświetliło materializującą się na dziedzińcu postać. 
-Niech on ci powie.

*** 
Rozmowa była długa. I bezowocna. Podczas pełnej gniewu wymiany zdań, siedząca na parapecie dziewczyna zdołała dokładnie przyjrzeć się swemu "mordercy". Nie był młodzieniaszkiem, zapewne dobiegał czterdziestki lecz jego szczupłą, umięśnioną sylwetkę otaczała tajemnicza, pełna emocji aura. Wigorem przewyższał niejednego ucznia Hogwartu, a na inteligencję mógłby mierzyć się z samą Granger. Mimo siarczystych przekleństw, jakimi obrzucał wysokiego Śmierciożercę, jego ciemne oczy patrzyły na Rosiera z szacunkiem i oddaniem. Z pewnością znali się nie od dziś, co było widać po odzianym w drogocenne szaty Śmierciożercy. Jego naznaczoną przez czas twarz wykrzywiał pełen rozbawienia, szeroki uśmiech a zmieniające co sekundę kolor oczy błyszczały w pogrążonym w półmroku pokoju. Po kilku godzinach, paru butelkach miodu i trzech przepychankach, dyskusję zakończyło ciche pochrapywanie śpiących w fotelach mężczyzn. Ona zaś przez całą noc biła się z myślami, obserwując leżące na dywanie, własne zwłoki. 
Poranek przyniósł wszystkim obecnym w pokoju kojące uczucie ulgi. Rosier postanowił na dobre zagościć w Hogwarcie i udając się na śniadanie, przygotować do kolejnej rozmowy z przyjacielem. Scabior jeszcze przed obiadem, za zgodą drepczącego za nim ducha, pochował dziewczynę na obrzeżach Zakazanego Lasu. Obiecał jej jednak, iż przed końcem roku powiadomi jej rodziców o tym, że jej śmierć była szybka i bezbolesna. Dafne przez cały poranek wpatrywała się w swój świeżo powstały grób, na dobre żegnając się z dawnym życiem. Siedzący nieopodal Scabior wpatrywał się pustym wzrokiem we wybrukowany dziedziniec Hogwartu, na którym kilka miesięcy temu uczniowie żegnali Dumbledore'a. Na którym dziś, na oczach wszystkich zamorduje Hermionę Granger.

*** 

Kiełbaska w cieście. Lepka od cukru herbata i niewielki kawałek szarlotki. Tak miało wyglądać jej ostatnie śniadanie. A ona wcale nie była głodna. Westchnęła ciężko i owijając się przyniesionym przez Cho kocem, popatrzyła na kręcącą się niespokojnie Lunę. Niebieskie niczym poranne niebo oczy blondynki zasłaniały dziwaczne okulary, mieniące się kolorami tęczy. Machając osłoniętymi zakolanówkami, szczupłymi nogami, siedziała na parapecie podziwiając migające na suficie promienie porannego słońca. Odkąd Hermiona powiedziała jej w jaki celu przybyła do Hogwartu, Luna nie odezwała się ani słowem. 
-Luna, naprawdę...
Urwała, widząc, że zafascynowana błyskami dziewczyna kompletnie nie zwraca na nią uwagi. Minęło jeszcze parę  minut nim Luna na dobre zrezygnowała ze swego zajęcia i chowając okulary do torby, wyjęła małą, srebrną broszkę. Obracając ją w palcach, przesunęła umalowanym na czerwono paznokciem po kamieniu zdobiącym precjoze. 
-To Popiełek- stwierdziła cicho- Rodzi się z magicznego ognia, który płonie zbyt długo. Żyje tylko godzinę, a mimo to jest symbolem nieśmiertelności. Wiesz dlaczego?
Hermiona uśmiechnęła się blado i pokręciła głową.
-Zostawia po sobie zgliszcza. Przed śmiercią potrafi zdziałać tak wiele, że nawet gdy już zniknie, zamieni się w proch, pozostaje po nim ślad- dodała i wyciągnęła rękę w stronę siedzącej na łóżku przyjaciółki- Moja mama go nosiła. Weź go. 
-Nie trzeba...
-Cieszyła by się.
Hermiona popatrzyła niepewnie na Lunę i sięgnęła po broszkę.

***

-To dziwnie... perwersyjne.
Scabior warknął gniewnie, chowając do kieszeni brudne od krwi ręce. Deszcz stukał uspokajająco o kamienny parapet a jego przesiąknięty lasem zapach tworzył morderczą mieszankę z odorem bijącym od poplamionej posoką podłogi. Długie do kolan, skórzane buty Szmalcownika z cichym bulgotem zanurzyły się w szkarłatnej kałuży. Siedzący na parapecie Rosier machał beztrosko nogami, przyglądając się we wskazane przez Scabiora miejsce, w którym według niego stała dysząca wściekle Dafne.
-Perwersyjne?- krzyknęła, a jej piskliwy głos poniósł się echem po przestronnej łazience prefektów.
-Zamknij się- pełne gniewu słowa Scabiora momentalnie uciszyły dygoczącą ze złości dziewczynę.
-Jak mniemam nie jest zbyt zadowolona...
-Jesteście chorzy. Obaj!- syknęła i przenikając przez ścianę, zniknęła.
Scabior zaklął siarczyście i popatrzył na uśmiechającego się z rozbawieniem przyjaciela.
-Co cię tak bawi?
Rosier wzruszył ramionami.
-Może to, że miała rację.
-A może to, że na sam widok krwi ślinisz się jak pieprzony kundel?
-Chyba masz rację- odparł, wciąż się uśmiechając- I rozumiem, że dla ciebie- Śmierciożercy na odwyku- jest to nie lada problem.
Scabior zmierzył go pełnym gniewu spojrzeniem i parskając cicho, odwrócił wzrok. Obserwując walczącą z silnymi podmuchami wiatru Bijącą Wierzbę, przymknął zmęczony oczy. Jeszcze rok temu, sytuacja taka jak ta, byłaby dla niego niewyobrażalnie ironicznym incydentem. Teraz uginał się pod natłokiem takich "ironicznych incydentów". Doskonale wiedział, że gdyby nie wsparcie Rosiera, już parę miesięcy temu skończył by jako obłąkaniec na Oddziale Przypadków Beznadziejnych w Mungu. 
-Wracając do tematu, dowiedziałem się nieco na temat twojej niewidzialnej towarzyszki-podglądaczki.
Scabior uniósł kpiąco brwi.
-Mów.
-Otóż takie przypadki zdarzały się w Hogwarcie zaledwie kilka razy, ale w Durmastrangu są prawdziwą plagą.
-Dlaczego?
Rosier cmoknął niezadowolony i popatrzył z naganą na zerkajacego na niego spod oka Scabiora.
-Daj mi dokończyć to się dowiesz- mruknął- Są to tak zwane duchy pokutne. Jak ujęła to wczoraj Dafne, stała się ona czymś w rodzaju twojej kuli u nogi. Zresztą zupełnie przypadkowo, bo tak naprawdę powinna być karą dla czarodzieja, który rzucił na nią Imperiusa.
-Więc dlaczego do cholery nawiedza mnie?
Rosier pokręcił głową.
-Nie jestem pewny, ale to może mieć związek z tym, że tak naprawdę każdy z was przyczynił się do jej śmierci. Prawdopodobnie trafiło akurat na ciebie, bo byłeś bliżej.
Scabior roześmiał się gorzko.
-Wszystko cudownie przejrzyste tylko dlaczego po prostu nie poszła sobie tam, gdzie jej miejsce?
-W zaświaty?
-Nie wiem! I jeśli chciałbyś wiedzieć, nie obchodzi mnie to- wycedził, zaciskając dłoń na ukrytej w kieszeni różdżce- Na przykład tam, gdzie poszła pieprzona duszyczka pieprzonej Pansy!
Rosier westchnął ciężko.
-To co innego. Zabójstwo Parkinson to zwykłe morderstwo na zlecenie, a śmierć Dafne zbiegła się z pewnym... rozdzieleniem jej jaźni. Jeśli wiesz co mam na myśli.
-Wiem. 
-Swoją drogą te Inferiusy to koszmarnie brzydkie stwory. Niby trup, niby człowiek a to ani jedno ani drugie.
Scabior parsknął rozbawiony widząc wykrzywioną w grymasie obrzydzenia twarz Rosiera.
-Było wybrać sobie inne zwierzątko.
-Wtedy była ładniejsza.
-Była świeżym trupem Evan- sprostował Scabior, wskazując na leżące pod drzwiami szczątki Inferiusa- Teraz została z niej tylko sterta zgniłego mięsa. Wyjątkowo cuchnącego zresztą. Źle dbałeś o zwierzątko, więc zdechło.
Rosier pokręcił głową, słuchając upiornych docinek Scabiora. Wisielcze poczucie humoru Szmalcownika od zawsze wywierało na nim ogromne wrażenie. Choć czasem wyjątkowo zniesmaczało.  Zawiesił wzrok na leżących pod ścianą zwłokach Pansy. 
-Może ta...
-Daj już spokój z tymi eksperymentami doktorze Frankenstein- żachnął się, obserwując zgniłe szczątki Inferiusa- Lepiej powiadom Umbridge, że Pansy nic już nikomu nie powie. Ja doprowadzę łazienkę do pierwotnego stanu.
Rosier skinął głową i zeskoczył na podłogę, bryzgając dookoła szkarłatną, powoli krzepnącą mazią. Skrzywił się niezadowolony widząc ciemne plamy na rękawach drogocennego płaszcza. Rozwiązał go i rzucając na parapet, skierował się w stronę drzwi.
-Na drugi raz postaraj się sprzątnąć kogoś na tyle dyskretnie, żebyśmy nie musieli mordować świadka za pomocą mojego krwiożerczego zwierzątka- mruknął i trzaskając drzwiami, popatrzył na zachodzące słońce.
Rosier przemknął korytarzem, w stronę gabinetu dyrektora. Czasu miał coraz mniej a ryzyko stawało się coraz większe. Uśmiechnął się. Jeśli zdąży, Scabior będzie jego dłużnikiem do końca życia. 

*** 

-Co?- zakrztusiła się i plując jeszcze ciepłą herbatą popatrzyła spod oka na siedzącego na parapecie Szmalcownika- Jak to przesunięto?
Scabior wzruszył ramionami i podsunął jej pod nos butelkę z whisky. Skrzywiła się lekko i pokręciła głową. Jednak po chwili wahania, sięgnęła po butelkę i wzięła duży łyk palącego alkoholu. 
-To jest okropne!- wycharczała, dławiając się drapiącym płynem.
-Zaczekaj...
-Ale...
-Zaczekaj.
Popatrzyła na niego spod oka i wzięła głęboki wdech. Po chwili drapanie w gardle zniknęło, pozostawiając po sobie kojące uczucie ciepła. Uniosła kpiąco brwi i popatrzyła na stojącą na stole szkalnkę. Scabior skinął głową i zabierając jej butelkę, nalał jej whisky. Sam upił nieco trunku i obserwując delektującą się alkoholem Hermionę, uśmiechnął się.
-Podejrzewam, że to Rosier przełożył... wykonanie wyroku.
Hermiona zamarła. Po chwili przytaknęła i wlewajac w siebie kolejną porcję whisky, skrzywiła się. 
-Nie ważne. Nie rozmawiajmy o tym- stwierdziła, zanosząc się kaszlem. 
Scabior przez moment obserwował jej zasłonięte kurtyną ciemnych rzęs oczy. Przestań- zbeształ się w myślach- na nic to. Na nic Will. Odstawił butelkę na stół i przegrzebał kieszenie spodni. Odkąd oddał płaszcz do zamkowej pralni, nie mógł pomieścić niezbędnych drobiazgów w kieszeniach koszuli czy spodni. Klnąc wyciągnął opakowanie Fasolek Wszystkich Smaków Bertiego Botta, którymi katowała go Vanja. Odkąd dodawano je do każdej butelki Ogistej Whisky, stały się ulubionym smakołykiem dziewczyny. Rzucił je siedzącej w fotelu Hermionie.
-Uważaj na zielone, są ohydne.
-Co rusz zmieniają kolory- stwierdziła i grzebiąc w pudełeczku, czknęła cicho.
Po chwili wzruszyła ramionami i wsadziła do ust fasolkę o płomiennorudym kolorze. Po chwili jej szczupłą, blada twarz wykrzywił grymas obrzydzenia.
-W tym miesiącu uważaj na pomarańczowe- jęknęła, z trudem przełykając fasolkę.
Scabior uśmiechnął się rozabwiony.
-Wymiociny?
-Niewiele lepiej.
-Brukselka?
-Są zdrowe. I wcale nie takie ohydne.
-Przestań. Surowa ryba?
Skinęła głową i krzywiąc się, z uśmiechem sięgnęła po butelkę. Scabior poptrzył na nią niepewnie. Już miał wyrwać jej whisky, gdy przypomniał sobie, że właśnie podarowano jej kolejny dzień życia. Dzień, z którego wbrew zapewnieniom, naprawdę się cieszyła. Uśmiechnął się widząc, jak przywyczaja się do gorzkiego smaku alkoholu. Po kolejnych paru łykach, jej blada twarz nabrała rumieńców. Ciemne, orzechowe oczy dziewczyny błyszczały wesoło a jej perlisty śmiech niósł się echem po pogrążonym w półmroku pokoju. Kątem oka zauważył przenikająca przez ścianę postać. Nie odwracając wzroku od rozbawionej Granger, machnął na wciąż wściekłą Dafne. Dziewczyna parsknęła gniewnie lecz bez zbędnych protestów, zniknęła za drzwiami pokoju. 
-Potrafisz być naprawdę fajnym facetem- mruknęła, kołysząc się w fotelu.
Scabior parsknął rozbawiony. Przechylił głowę i patrząc jak odwraca speszona wzrok odparł:
-To nie ma znaczenia Granger. Wszystko co się tu dzieje...- zaklął siarczyście i sprawdzając czy aby na pewno go nie obserwuje, wyjął z kieszeni amulet.
Przez ułamek sekundy obracał go w palcach. Po chwili dyskretnie wsunął go między oparcie a poręcz fotela i upewniając się czy medalion nie wystaje, podszedł do uchylonego okna.
-To wszystko, jest jedyną prawdziwą rzeczą w moim życiu- dodał, wbijając wzrok w migoczące w oddali światło.
Czuł na plecach jej pełne ciepła, intrygujące spojrzenie. Jednak czy aby na pewno? Wziął głęboki wdech i wygrywając ze strachem o własne ego, popatrzył w jej pełne rozbawienia, orzechowe oczy.
-Wiem- odparła cicho, uśmiechając się delikatnie- Wiem też, że musisz to jutro zrobić. Musisz mnie...
-Nie, nie prawda- żachnął się, czując jak po zaciśniętych na ciernistej różdżce palcach ścieka ciepła kropla krwi- Nie muszę, ale chce. Chce udowodnić, że wciąż jestem...
Urwał, widząc że wciąż się do niego uśmiecha. W bladym świetle kominka wyglądała tak pięknie, że aż odebrało mu dech. Z jej kruchego ciała biła siła tak wielka, że on- postawny, muskularny i czysto krwisty, nie mógł się z nią równać. 
-Nie ma znaczenia- szepnął, bawiąc się zasychającą na dłoni krwią.
-Nie ma- powtórzyła, a uśmiech na jej twarzy zbladł.
Po chwili rozbłysł z podwójną siłą. Jasny, rozświetlający jego ciemną duszę tak samo jak po raz pierwszy, gdy ją spotkał. 
-Kings Of Leon?- zapytała, nucąc cicho i  patrząc na niego wyczekująco.
Zmrużył zdumiony oczy.
-Pyro?- odparł bez namysłu.
Wstała, podpierając się lekko i nucąc pod nosem doskonale mu znaną melodię, podeszła do niego tanecznym krokiem. Szumiało mu w głowie od nadmiaru alkoholu. A może to zapach jej ciepłej skóry doprowadzał go do tak żałosnego stanu? 
-Nie ma znaczenia- powtórzyła, widząc wahanie w jego ciemnych, przypominających onyksy oczach.
Pokręcił zrezygnowany głową i zaśmiał się gorzko. Gdyby tylko wiedziała kim naprawdę był. Co robił, gdy nie było jej w pobliżu. Jakim był potworem. 
-Ja nie tańczę- mruknął, nie spuszczając wzroku z jej roześmianej twarzy.
Taką właśnie ją zapamięta. Na zawsze. 
-Nie potrafisz?
Wyzwanie, które mu rzuciła zapiekło niczym rozdrapywanie świeżo zagojonej rany. Uniósł kpiąco brwi i nim zdołała zareagować, przyciągnął ją do siebie płynnym, kocim ruchem. Zachichotała i chwiejąc się, wykonała piruet. Odsunął się od niej nieznacznie, lecz nie potrafił pohamować się przed ponownym wtuleniem się w jej pachnące pomarańczami włosy. Ciemne loki co raz smagały go po pokrytej dwudniowym zarostem twarzy. Za każdym razem, gdy się do niego zbliżała, czuł jak lodowaty dreszcz przeszywa jego ciało. Robił coś tak sprzecznego ze swą naturą, że nijak nie potrafił tego dopuścić do myśli. Kolejne fale dzikiego gniewu i morderczej tęsknoty, w połączeniu z kusząca bliskością jej ciała, wyczerpały go do cna. Mimo to, wciąż tańczył, a ona po raz pierwszy odkąd się poznali, nie bała się o nic. Może był to skutek alkoholu, a może powodowała to bliskość śmierci. Może zupełni coś innego. Teraz jednak, nic nie miało znaczenia.

Obserwatorzy

Layout by Yassmine