18 sie 2015

V Evil is good perverted

Każdy wschód słońca niesie ze sobą coś nowego. Symbolizuje lepsze życie, niesie nadzieję, daje poczucie bezpieczeństwa. Brednie.
-Szybciej!
Bolesne szturchnięcie Greybacka zwaliło ją z nóg. Popatrzyła gniewnie na stojącego nad nią mężczyznę i skrzywiła się, czując zapach ściekającej po rozbitej skroni krwi.
-Zwariowałeś?- warknął Scabior, rzucając wilkołakowi chłodne spojrzenie.
Jego przystojna twarz, była niczym maska. Hermiona nieraz widziała ludzi, którzy kamuflowali swe prawdziwe "ja" jednak nigdy nie spotkała kogoś, kto potrafił wymazać uczucia z oczu, zwierciadeł duszy.
Wilkołak wzruszył ramionami i wykrzywił swą szpetną twarz w grymasie złości.
-Mieliśmy dotrzeć na dwór Malfoyów przed południem...
-I dotrzemy- warknął Scabior, pochylając się nad dziewczyną- Jeśli nie pokiereszujesz jej na tyle, że będziesz musiał ją nieść durniu.
Jego silne dłonie zacisnęły się na jej ramionach i podniosły ją do góry. Hermiona popatrzyła spod oka na szukającego czegoś w kieszeni Szmalcownika. Przez chwilę miała nawet wrażenie, że chciała by być taka jak on. Silna, potrafiąca władać swymi uczuciami, jak gdyby były pod wpływem Imperiusa.
Scabior po raz kolejny przeszukał kieszenie swego naznaczonego przez czas płaszcza i zerknął spod oka na warczącego dziko Greybacka.
-Zamilcz do cholery!- syknął, przenosząc wzrok na wystraszoną dziewczynę.
Do południa zostało zaledwie kilka godzin, a oni wciąż mieli do przebycia kilkanaście mil. Jeśli szlama nie stawi się w Malfoy Manor do południa, wszyscy skończą w rękach przeklętej Lestrange.
-Rozdzielamy się- stwierdził po chwili, rozluźniając zawiązany pod szyją szal.
Skinął na stojącego obok wilkołaka.
-Doprowadź ich do Hogwartu.
Twarz Greybacka wykrzywił grymas, który zapewne miał być uśmiechem.
-A potem?
-Nażryj się. Głodny jesteś nie do zniesienia- mruknął, przyciągając do siebie dziewczynę- Trzymaj się skarbie- dodał, ściskając ją za nadgarstek.
Dym. Czarny, gęsty, duszący dym. Pojawił się nie wiadomo skąd i otoczył ich, przylegając do jej spoconego ze strachu ciała niczym pajęcza sieć. Po chwili było po wszystkim. Szmalcownik odsunął dziewczynę od siebie, wciąż jednak ściskając ją za ramię. Skrzywiła się lekko, lecz zachowała milczenie i rozejrzała się dookoła. Ogromna rezydencja, ze wsząd otoczona gęstym lasem, sprawiała wrażenie niezamieszkałej. Hermiona wiedziała jednak, jak złudne jest to odczucie. Dom Malfoyów zamienił się w główną siedzibę Voldemorta oraz jego sługusów. Przez chwilę nawet, zrobiło jej się żal, mieszkającego tam Draco. Przez chwilę.
Scabior wyciągnął z kieszeni różdżkę i machnął nią niedbale. Wokół potężnej bramy z kutego żelaza pojawiły się kłęby czarnego dymu, przez które Szmalcownik brutalnie ją przeciągnął. Podeszli do dużych drzwi, które Scabior otworzył mocnym pchnięciem. W domu panował półmrok, co znacznie utrudniało jej widzenie. Zamrugała szybko, stopniowo przyzwyczajając się do panującej wewnątrz ciemności. Rezydencja była okazale udekorowana. Z sufitów zwisały kryształowe żyrandole, a ściany zdobiły dziesiątki obrazów. Miękki, ciemnozielony dywan, po którym szli, sprawiał ulgę jej obolałym stopom. Hermiona rozejrzała się dookoła, przesuwajac wzrokiem po obitych aksamitem, szmaragdowych fotelach, okrągłych stolikach, wszędzie wygrawerowanym  znakiem Slytherina i zielonych kotarach zasłaniających duże okna.
Scabior zerknął na zmieniające się wraz humorem pana domu malowidło na suficie. Na ciemnogranatowym tle lśniły miliony niewielkich gwiazdeczek, tworzących wymyślne konstelacje. Uniósł kpiąco brwi, zastanawiając się co tym razem męczy poharataną duszę Malfoya. Kątem oka obserwował pogrążoną w zadumie dziewczynę. Jej gładką twarzyczkę wykrzywiał lekki grymas obrzydzenia. Sam z trudem się przed tym powstrzymywał. Dom Malfoyów, przesiąknięty był zapachem śmierci, który ani na chwilę nie dawał o sobie zapomnieć. Im dalej szli, tym bardziej odczuwalna była panująca na dworze atmosfera. Aksamitny dywan przerodził się w szmatę, przesiąkniętą lepiącą się do butów, powoli krzepnącą krwią. Obrazy były opustoszałe, a lampiony pobite. Zasłony niedbale zwisały z sufitu, który poczerniał niczym burzowe niebo. Zza zamkniętych drzwi, które mijali słychać było jęki i przeraźliwe rzężenie. Hermiona poczuła jak serce podchodzi jej do gardła. Popatrzyła spod oka na idącego obok niej Szmalcownika i zaklęła w duchu. Jego maska wciąż była na swym miejscu. Zaczynała wątpić, czy to aby na pewno tylko kamuflaż czy po prostu jego prawdziwe, choć nieludzkie oblicze.
-Powoli zaczynałem się zastanawiać, czy nie powierzyłem Ci zbyt trudnego zadania.
Scabior poczuł jak dziewczyna drgnęła na dźwięk przepełnionego jadem głosu Malfoya. Twarz Lucjusza pozostawała nieporuszona, jednak zimne, stalowe oczy ciskały gromy. Czyżby Czarny Pan był w domu...?
Szmalcownik skłonił się nisko i z charakterystycznym dla siebie cynicznym uśmieszkiem, popchnął Hermionę w kierunku Lucjusza.
-Jak widać, szlama jest cała i zdrowa Panie Malfoy- powiedział, wkładając ręce do kieszeni swego czarnego płaszcza.
Lucjusz popatrzył z pogardą na stojącą na środku holu dziewczynę. Cała drżała, lecz na jej twarzy nie malowało się nic, prócz czystej nienawiści. Jasnobrązowe loki, przysłaniały ciskające błyskawice oczy. Zaschnięta strużka krwi znaczyła jej blady policzek niczym groteskowo wyglądający tatuaż a cienka kurtka była w równie fatalnym stanie co przemoknięte i ubrudzone posoką tenisówki.
-Połowa- powiedział po chwili Malfoy, przenosząc wzrok na nonszalancko opartego o ścianę Szmalcownika.
Scabior pokręcił lekko głową.
-Nie godzi się przyjmować gości w holu Pani Malfoy- mruknął, z trudem powstrzymując się od uśmiechu.
Miał dobić targu, a szydzenie ze sponiewieranego przez życie Malfoya, z pewnością by mu w tym nie pomogło. Lucjusz popatrzył na niego wzrokiem w którym mieszała się odraza, znudzenie i nienawiść.
-Nie jesteś tu po to, by wytykać mi faux pas Scabior- wycedził, ze złością zaciskając zęby- Pięćset galeonów i kolejny maruder do Twojej wesołej kompanii.
Szmalcownik popatrzył na niego i uśmiechnął się rozbawiony.
-To raczej kara Panie Malfoy- stwierdził i podwijając rękawy swego płaszcza, podszedł do dziewczyny.
Wierzchem dłoni przesunął po jej gładkim policzku, patrząc jak bacznie obserwuje go spod oka. Bała się, na pewno się bała. Jednak ani na moment tego nie okazała. Mała, silna bestia. Przebiegła szlama.
Warta o wiele więcej niż pięćset galeonów.
-Obaj wiemy, że to stanowczo za mało...- wymruczał, pochylając się nad kusząco pachnącą panną Granger.
Szafran, róża, w tle nieco miodu i... O tak, teraz wyraźnie to czuł. Zapach strachu idealnie komponował się z kwiatową nutą, która toczyła zaciekłą bitwę z wszechobecnym odorem krwi. Odorem śmierci.
Jego ulubione perfumy.
-Koniec gierek Scabior- warknął zniecierpliwiony Malfoy, mocnym szarpnięciem przyciągając dziewczynę do siebie.
Hermiona jęknęła cicho, w ostatniej chwili chroniąc się przed upadkiem. Nawet nie zauważyła kiedy uwolniono z więzów jej skostniałe z zimna dłonie. Potarła rękami obolałe nadgarstki i rozejrzała się po salonie Malofyów. Wysokie sklepienie, zdobione było tworzonym przez wyobraźnię Lucjusza malowidłem. Na ścianach wisiało kilka obrazów, które na tle pustego pomieszczenia sprawiały koszmarne wrażenie. Jedynym meblem był stojący pod ścianą, obity ciemnozielonym aksamitem fotel. Jej uwagę przykuła wąska strużka krwi, ściekająca po ścianie, tuż przy jego zagłówku. Szybko zdała sobie sprawę, że szkarłatne smugi zdobiły nie tylko ściany, ale i kamienną podłogę. Przełknęła głośno ślinę i odwróciła się w kierunku holu. Toczący śmiertelną batalię na słowa mężczyźni, kompletnie nie zwracali na nią uwagi. Uśmiechnęła się gorzko, zdając sobie sprawę, że ani przez chwilę nie pomyślała o ucieczce. Co stało się dawną Hermioną Granger?
Ano nic. Zniknęła.
-Nie bądź śmieszny- warknął Malfoy, mierząc Szmalcownika pełnym gniewu wzrokiem.
-Mógłbym powiedzieć to samo, ale kultura osobista mi nie pozwala. Nie godzi się przecież obrażać pana domu...- mruknął Scabior i mrużąc oczy przyjrzał się stojącej za Lucjuszem dziewczynie- Niech będzie. Połowa i mnie nie ma.
Malfoy uniósł lekko brwi, wyraźnie zdumiony postawą Szmalcownika. Najemnicy rzadko targowali się z nim o cenę, jednak do wysokich wymagań Scabiora, był przyzwyczajony. Arogancki Szmalcownik był cierniem w jego oku, z chęcią by się go pozbył. A to było teraz kompletnie nie możliwe, był zbyt potrzebny.
Popatrzył podejrzliwie na stojącego przed nim Szmalcownika i wyciągnął z kieszeni skórzaną sakwę.
-Masz i wynoś się stąd- syknął, rzucając Scabiorowi zapłatę.
Szmalcownik złapał sakiewkę i przez chwilę warzył ją w dłoni. Po chwili uśmiechnął się i kłaniając się nisko, pstryknął palcami.
-Nie cierpię robić z Panem interesów, Panie Malofy- stwierdził i zmieniając się w obłok czarnego dymu, deportował się.

Każdy wschód słońca niesie ze sobą coś nowego. Symbolizuje lepsze życie, niesie nadzieję, daje poczucie bezpieczeństwa. Czy jednak na pewno? Czy nowe znaczy lepsze? Czy nadzieja nie jest tylko przyjemnym kłamstwem, wytworem naszego kurczowo pragnącego egzystencji umysłu? Czy bezpieczeństwo nie jest tylko złudnym stanem naszej umęczonej duszy?

2 komentarze:

  1. No nie jak on mógł ją ot oddać, no! Podziwiam Hermionę, ja już dawno zaczęłabym histeryzować.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za wszystkie komentarze. Naprawdę doceniam, ze ktoś to jeszcze czyta. Było to moje pierwsze blogowe dziecko i mam do niego ogromny sentyment. Liczę, że dotrwasz do końca i podzielisz się swoimi wrażeniami. Buziaki!:)

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy

Layout by Yassmine